Głupia duma?

Do przeszłości jeszcze wrócimy, ale czas powiedzieć o tym co jest teraz, bo dzieją się świetne rzeczy.

Od około tygodnia spółka córka chodzi. Sama chodzi, rąk używa do balansu ale robi kroki i porusza się samodzielnie. Duma mnie rozpiera i jestem mega zadowolony, bo wyprawiamy roczek za tydzień (kalendarzowy za 4 dni) a mała będzie sama śmigała po parkiecie!



Prawda jest taka, że od początku jak się pojawi małe, rodzice obserwują wszystkie pierwsze rzeczy, których się uczy. Zaczyna się od głupiego paplania typu "blabalba", potem kulanie się na brzuszek, podnoszenie głowy, ślizganie się, nieudolne próby poruszania przeradzające się w raczkowanie, pierwszy basen, wypad w góry i nad morze (o tym innym razem) pierwsze wstawanie na nogi, chodzenie podpierając się o stół, tapczan, fotel czy klatkę z gryzoniami... teraz mała już chodzi, a wiem, że czeka mnie jeszcze wiele rzeczy, których teraz nie robi, a z pewnością będę ją uczył z największą przyjemnością.



Roznosi mnie radość i duma, ale z drugiej strony wiem, że przecież to nic takiego. Każdy potrafi chodzić i jest to podstawowa umiejętność człowieka. Prędzej czy później każde dziecko powinno się tego nauczyć, a jeśli jest inaczej, to jest to smutne i tragiczne - nie ważne co jest powodem. Myślę sobie, że teraz czerpię radość z jej pierwszych samodzielnych zachowań, jej zabaw, pomysłów, układania klocków, grania grzechotką, zabawy liczydłem, ale to zwykłe czynności, na które za 10-20 lat w ogóle nie będziemy zwracali uwagi (chyba że u naszych wnuków).

Więc czy powinienem się cieszyć, skoro nie robi nic nadzwyczajnego? Dla mnie to magia szczęścia, ale dla obcej osoby?

-Patrzcie! Spółka córka samodzielnie idzie na pierwszy spacer! - tłum na ulicy wzruszył ramionami. Co to kogo obchodzi?
-Niech sobie idzie tylko przestań się drzeć i byle mi pod nogi nie wlazła... - tyle można się spodziewać po społeczeństwie i w sumie nawet mnie to nie dziwi.

Ale co w sytuacji odwrotnej?

-Patrzcie! Moja spółka ledwo żyje, spędzi resztę życia na wózku... - rodzic płacze, a za nim zbierają się dziesiątki i setki zasmuconych osób. Robią zdjęcia, dzielą wydarzenie w mediach społecznościowych, tworzą fundacje...

Dlaczego łatwiej nam zarazić się smutkiem niż radością?

Żyjemy w czasach, gdy ludzie żerują na sobie i uwielbiają się naciągać. Ile razy widzieliście żebrzącą cygankę z dzieckiem (lub lalką) na kolanach? Najczęściej zimą i w ruchliwym miejscu (pkp, kościół, ulice w dużych miastach). Eksperymenty społeczne mówią, że w taki sposób można spokojnie zarobić lepiej niż średnia krajowa i to nie odciągając żadnego podatku.

Moja rada jest taka: nauczmy się zarażać szczęściem i przemyślmy kilka razy, zanim damy się naciągnąć. Wtedy z pewnością staniemy się lepsi jako człowiek/grupa/społeczeństwo.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pierwszy najtrudniejszy - zawód ojciec

Przygotowania okopów